W polu kukurydzy i winnica
Z bajki o czerwonym kapturku, o którym pisałem w poprzedniej części, przenieśliśmy się w scenerię kina grozy lat osiemdziesiątych. Kiedy po niemal godzinnym poszukiwaniu miejscówki na obóz wyszedłem z busa, na myśl przyszedł mi tytuł filmu „Dzieci kukurydzy”. Obóz rozbiliśmy w wąskim przesmyku między gęstym lasem, a ogromnym polem bardzo wysokiej kukurydzy. W nocy działo się wiele, a wyobraźnia działała na najwyższych obrotach. Graliśmy w kalambury, śpiewaliśmy, gadaliśmy, jedliśmy, biegaliśmy po polu, straszyliśmy się wzajemnie jakbyśmy na powrót stali się beztroskimi dziećmi.
Dwa kolosy
Strassburg nie był jedyną atrakcją, którą mieliśmy zwiedzić w drodze do Maroka. Czekały nas kolejne piękne miejsca, o których wcześniej czytaliśmy w książce Karola, z pierwszej wyprawy busem na zachód Europy.
Pont du Gard był pierwszy na trasie tego dnia. Dla niezorientowanych – akwedukt. Akwedukt? Też mi atrakcja – możesz pomyśleć. Ale jednak. Monumentalna budowla postawiona ponad dwa tysiące lat temu, o wysokości niemal pięćdziesięciu metrów musiała zrobić na nas wrażenie. Byłem zachwycony. Czegoś zbudowanego przez Imperium Rzymskie nie widzi się codziennie, a tutaj mogłem przejść się po części akweduktu, czyli drodze znajdującej się na jego pierwszym piętrze. Mogłem poczuć pod opuszkami palców jego chropowatą strukturę, mogłem obcować z namacalną historią.
Następnie na mapie podróży pojawiła się Forteca Carcassonne. Zabytkowe miasto warowne pochłonęło mnie całkowicie. Ponieważ powoli zmierzchało, nasza wizyta przebiegała w atmosferze mistycyzmu i romantyzmu. Zalane żółtym światłem, ciche uliczki zmieniały się w gwarne skwery, czy szerokie place otoczone zewsząd murami.
W Carcassonne był też cmentarz, na który dostaliśmy się nieco nielegalnie, gdyż późnym wieczorem okazał się być zamknięty. Kolejna sceneria, która bardziej kojarzyła mi się z filmem grozy, niż miejscem wiecznego spoczynku. Ogromne nagrobki, światła i cienie tańczące na granitowych płytach, oraz owiane ciemnością alejki odgrywały w całym tym cmentarnym spektaklu główną rolę. My zaś zaczarowani, wędrowaliśmy i w całym tym półmroku staraliśmy się dostrzec piękno tego miejsca.
Barcelona była dla mnie dziwna i nie taka, jak miała być - nie wiem nawet jak inaczej określić moje odczucia. Chociaż po części jest to moja wina, gdyż do zwiedzania tego miasta w ogóle się wcześniej nie przygotowałem. Niemniej całe dotychczasowe życie wyobrażałem sobie Barcelonę zupełnie inaczej, aniżeli ją zastałem. Nawet niesamowita Sagrada Família – monumentalna budowla, którą tyle razy widziałem na listach „must see” – wrażenie wywarła na mnie umiarkowane, a i to tylko, i wyłącznie oceniwszy ją z zewnątrz. Wnętrze katedry zawiodło mnie na całej linii, gdyż przypomniało mi bardziej nowoczesny market, nie do końca zagospodarowany hangar, niż obiekt sakralny. Owszem, ogrom Sagrady prawie zapiera dech w piersiach, niektóre jej elementy (szczególnie zaś te najstarsze) zachwycają, ale to nie to, co miało mi rozsadzić głowę.
Do ogrodów Gaudiego nie dotarłem, ponieważ z Zośką i Piotrkiem zrezygnowaliśmy z nich w połowie drogi - może zwyczajnie to nogi nie chciały się dalej wspinać po stromych ulicach, a może po katedrze i ogólnemu wizerunkowi Barcelony nie spodziewałem się niczego więcej. Odłączywszy się od grupy zwiedzaliśmy kolejne ulice Barcelony, odkryliśmy boiska do gry w bule, kosztowaliśmy wyśmienitych szynek parmeńskich i zjedliśmy prawdziwą, pyszną, hiszpańską paellę… przygotowaną przez Chinkę! Wygląda na to, że z Hiszpanami bardzo łatwo się dogadać w sposób niewernbany. Spotkani przez nas tego dnia ludzie byli otwarci, jak choćby kobietka w sklepie z szynkami, która częstowała nas kolejnymi jej gatunkami, uśmiechając się i komentując wszystko we własnym języku.
Pomimo tego całego, zwyczajnie namacalnego piękna, Barcelonę przede wszystkim kojarzył będę z zupełnie innej strony, ze strony uczuć, tej niesamowitej radości ducha, która w nas się pojawiła, kiedy wjeżdżaliśmy do naszego pierwszego dużego miasta tej wielkiej podróży. Z głośników tryskała muzyka, regulator głośności ustawiony był zapewne w pozycji bliskiej maksimum, a wtórowały jej nasze gardła, równie głośno, równie radośnie. Ciało chciało tańczyć, ręce falowały w busie i po za nim. Tak też część ekipy rozpoczęła nową zabawę: kto zbierze więcej przybitych piątek z kierowcami motorów i skuterów. Pisałem już o tym, jacy Hiszpanie są otwarci?
"Szaleństwo" fot. Busem Przez Świat |
Kolejna część wspomnień w drugiej połowie kwietnia. Zapraszam!
Kiedy wreszcie Afryka ja się pytam??? Ile części będzie???
OdpowiedzUsuńAfryka będzie w 3-4 części. Nie podzieliłem jeszcze tekstu. Z tego samego powodu nie wiem ile finalnie będzie części. Pewnie z 5-6, bo się człowiek trochę rozpisał.
UsuńPozdrawiam, K.